Opublikowano dnia cze - 19 - 2013
Autor Vilma
Kategorie Melodramat, Wojenny

„Angielski pacjent” to już niezaprzeczalna klasyka, melodramat „pełną gębą”. Jest Afryka, jest wojna, jest urocza i heroiczna pielęgniarka Hana (Oscarowa rola Juliette Binoche), jest ciężko poparzony pacjent hrabia László de Almásy (Ralph Fiennes) i – co najważniejsze – fabuła przedstawiona jest jako retrospekcja: poruszająca historia zakazanej miłości między naszym hrabią a piękną Katharine Clifton (w tej roli wyśmienita Kristin Scott Thomas). Miłość jest o tyle niewłaściwa, że Katherine ma męża i to zupełnie sympatycznego – Geoffrey’a Cliftona (Colin Firth).

Obraz rozbił w 1997 roku Oscarowy bank – przyznano mu aż 9 statuetek, w tym dla najlepszego filmu, aktorki drugoplanowej i reżysera Anthony’ego Minghella (który jest też twórcą scenariusza). Dziś gdyby film znów miał stanąć w szranki na czerwonym dywanie, z pewnością nie wypadłby już tak zachwycająco, ale przecież minęło już ponad 16 lat. Nie znaczy to wcale, że film jest nieciekawy – wręcz przeciwnie! I czasem mi żal, że już nie robi się takich patetycznych melodramatów. Muszę to powiedzieć, choć trochę mi wstyd – beczałam na końcu jak bóbr (a najgorsze jest to, że oglądałam film w towarzystwie dwóch mężczyzn, ale niestety nie udało mi się zamglonymi oczami skontrolować, czy uronili choć jedną łzę, oni zaś z pewnością słyszeli moje potężne pociąganie nosem).

Mankamentem filmu jest fakt, że trochę się on dłuży. Podejrzewam, iż powodem tego jest jego książkowy pierwowzór. Z pewnością Minghella chciał zawrzeć jak najwięcej treści, być jak najbardziej wierny literaturze, a ponieważ ja dzieła Michael Ondaatje nie czytałam (do nadrobienia!), nie miałam z czym tych treści porównywać.

Jedna rzecz wyjątkowo utkwiła mi w głowie po seansie „Angielskiego pacjenta”: jest tam jedna przepiękna scena miłosna, tak realistyczna i „niecukierkowa”, że aż głupio mi było, że tę intymną scenę podglądam. Kamera jest tu tak poprowadzona, że dodatkowo pogłębia to uczucie naruszenia cudzej prywatności. A gdy tak na nich patrzyłam w tym romantycznym uniesieniu, to dałabym sobie rękę uciąć, że kochają się nad życie i właśnie po kryjomu dają ujście swoim namiętnościom. To chyba jest największy komplement, jakim widz może uhonorować aktora.

Warto wspomnieć o postaciach Davida Caravaggio (Willem Dafoe) i Kipa (nieznany mi wcześniej Naveen Andrews), bo film także na drugim planie ma ciekawe kreacje aktorskie, a także o wspaniałych widokach (choć produkcja miała ponoć stosunkowo niski budżet).

Z czystym sumieniem polecam ten film w zasadzie każdemu – no chyba, że ktoś jest twardzielem i ma uczulenie na filmy o miłości. Tak czy siak: klasykę znać trzeba, nawet kosztem poświęcenia się i kontemplowania cudzej ogromnej, nieprzyzwoitej miłości. A pełnię tej kontemplacji osiąga się chlipiąc rzewnie na końcu. To pouczenie dla Panów. A dla Pań: lepiej rozczulić się  filmie romantycznym na poziomie, ze wspaniałą obsadą i ciekawą historią, niż przy miałkich, nowych produkcjach na podstawie wątpliwej klasy literatury.

Tytuł polski: Angielski pacjent
Tytuł oryginalny: The English Patient
Miejsce i rok produkcji: USA, Wielka Brytania, 1996
Reżyseria: Anthony Minghella

Przeczytaj także:

2 odpowiedzi jak dotąd.

  1. Brighton pisze:

    Szanowna Pani, piszę żeby rozwiać Pani podejrzenia. Film ma taką budowę dlatego, że tak chcieli twórcy. Powieść Ondaatje, to nieco inna historia, bardziej kameralna. Niestety, nie mogę napisać ile razy widziałem ten film. Nie mogę.

    • Vilma pisze:

      To ciekawe, że ten komentarz pojawia się akurat teraz, kiedy jestem świeżo po lekturze tej książki. Wpadłam na nią przypadkiem w bibliotece i przypomniało mi się, że jest ona na mojej liście pozycji do koniecznego nadrobienia. Nie spodziewałam się wiele po tej książce, to, że historia jest piękna, wiedziałam po seansie dzieła Anthony’ego Minghelli.
      Książka jest trochę mniej romantyczna niż ekranizacja, autor pierwowzoru bardziej skupił się na osobowościach, także zgadzam się, że jest bardziej kameralna. Patrzę teraz inaczej na film, dla mnie jest on hołdem złożonym powieści, ale nie jest w stanie ukazać pewnej subtelności jaka cechuje narrację Ondaatje.
      Zresztą nie czas i nie miejsce rozpływać się tu nad książką. Wrażenie jakie na mnie wywarła i tak zmusiło mnie do napisania krótkiej recenzji, ale na portalu ku temu przeznaczonym.
      Cieszę się, że podkusił się Pan aby rozwiać moje wątpliwości zawarte w recenzji, ale także, że równocześnie rozwiałam je sama.

      Pozdrawiam i życzę przyjemnych kolejnych seansów „Angielskiego pacjenta”:)

Zostaw odpowiedź